Stare dobre małżeństwo

1 marzec, 2007 at 10:30 pm (Domowe)

 

- Pewnie przemarzłeś na kość… Pogoda paskudna, że psa byś nie wygonił. A co tak długo byłeś na tym obchodzie… Czekałam, czekałam… w końcu sama zjadłam tę kolację, ale zostawiłam porcyjkę dla Ciebie… wiesz kurczaczka z Twoim ulubionym sosem… Oj biedaku, znowu zaczynasz kaszleć. Dobrze, że chociaż piecyk zostawili włączony. I telewizorek. Jak się już ogrzejesz, to usiąść proszę w fotelu, tu obok, zobaczymy, co dzisiaj mamy w programie…

- O! Stare dobre małżeństwo – powiedziała Matka-Karmicielka Kotów, widząc Ryszarda i Agrafkę rozpartych wygodnie na fotelach w salonie i wpatrzonych w mrożącą krew w żyłach scenę odlotu dzikich kaczek na kanale National Geographic.

Bezpośredni odnośnik 3 komentarzy

Rektor

1 marzec, 2007 at 9:20 am (Z wielkiego świata)

Obowiązkowy, zorganizowany – taki właśnie był. O określonych porach bywał w konkretnych miejscach, co znacznie ułatwiało studentom odnalezienie go, jeśli mieli coś dla niego. I tak z rana witał się uprzejmie ze wszystkim pracownikami rektoratu, którzy przychodzili na uniwersytet równie wcześnie jak on. Uprzejmy, serdeczny nie pominął nigdy nikogo. Potem wpadał na śniadanie do zaprzyjaźnionej bibliotekarki z wydziału polonistyki. Po posiłku, który pani Joanka umilała mu interesującą gawędą, przechadzał się po dziedzińcu przed rektoratem. Uważał, że to świetna okazja do spontanicznych i niezaplanowanych spotkań ze studentami, spotkań, które sprawiały, że czuł się bliżej zwykłego człowieka, młodego człowieka. Potrafił doskonale rozpoznać, kogo tego dnia czeka poważne kolokwium czy trudny egzamin, a kto całą noc balował, a teraz z rana ledwo trzymając się na nogach, chwiejnym krokiem zmierza na ćwiczenia, na których musi być obecny, jeśli nie chce ich potem zaliczać na dyżurze. Nie miał im tego za złe, bo kiedy mają balować… jak będą starsi, to zabraknie im i sił, i ochoty na spędzanie nieprzespanych nocy w zadymionym klubie… A komu to szkodzi… Pamiętał doskonale swojego ulubionego studenta, obecnie doktoranta, który za całym zaangażowaniem wcielał w życie horacjańskie “Carpe diem, carpe nottem”, że szczególnym naciskiem na drugą część słynnej maksymy. No i co… Pracę napisał celującą, a teraz obrona doktoratu także zapowiada się na wydarzenie dużego formatu. Ale nie wszyscy lubili Rektora. Niektórych sympatia nie wytrzymywała próby… hmm… higienicznej. Rektor bowiem sprawiał wrażenie jakby niedomytego, trochę niechlujnego… a kiedy wiosną robiło się ciepło wydzielał dość nieprzyjemny ostry zapach… Ale nawet wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy okazywać mu braku szacunku! Kiedy wpadał znienacka na wykład znanego profesora od prawa międzynarodowego, zajmował swoje ulubione miejsce na parapecie, studenci przyglądali się ciekawie postaci, jakby skulonej, ale emanującej zadowoleniem i dziwili się jak sprawnie przemieszcza się przez cały czas trwania zajęć razem z wędrującą plamą słońca. I nikt nie odważył się powiedzieć głośno “Psik!” Rektor był bowiem ulubionym kotem profesora pełniącego obowiązki dziekana znalezionym przed laty na tyłach studenckiej stołówki…

 

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Wielka Pardubicka

1 marzec, 2007 at 9:18 am (Domowe)

Wszystkich uczestników tego jedynego w swoim rodzaju widowiska, a także słuchowiska (dla tych, którzy nie mogli być naocznymi świadkami), przywitały pierwsze, nieśmiałe, i to bardzo nieśmiałe promienie wschodzącego słońca (co było naturalne zważywszy na to, że zimową porą o 4.30 można je pomylić ze światłem ulicznej latarni). Właściwie to musieli uwierzyć na słowo, że słońce gdzieś wschodzi, niekoniecznie nawet w naszej strefie klimatycznej, ale gdzieś na pewno. Pora zatem była wczesna, lekko szarawa, niebo grafitowo-brudnawe, a rabaty w ogródku przykrywała lekko roztopiona śnieżna breja. W bezpośrednim sąsiedztwie trasy wyścigu drzemali nieświadomi doniosłości zbliżającego się momentu potencjalni świadkowie tego wydarzenia. Trwała cisza pełna napięcia. Zawodnicy szykowali się do swojej wielkiej chwili. Już wykonali serię ćwiczeń rozciągających. Teraz uważnie przyglądali się sobie nawzajem, starając się wyczytać z oczu przeciwnika, czy już pora… Nie widzieli już nic inego, tylko tę żądzę zwycięstwa w rozszerzonych źrenicach. Nerwy napięte do granic wytrzymałości…

RUSZYŁY!

Na pierwszym zakręcie zdecydowanie wysunęła się na prowadzenie półtoraroczna skarogniada Agrafka, za nią, depcząc jej po piętach (a w momentach największych emocji także po piętach ją gryząc, jak się dało to również w tyłek), gnał Ryszard, dorodny, doświadczony pięciolatek maści pręgowanej, stary wyjadacz, doskonale obeznany z niespodziankami toru.

Sytuacja zmieniła się z sposób dramatyczny na drugim wirażu. Agrafka z racji młodego wieku, braku doświadczenia i nie dość sprawnego wzroku (skutku pewnej niefortunnej przygody przeżytej w czasach wczesnej młodości) uległa iluzji i zamiast przeskoczyć sprawnie pierwszą napotkaną przeszkodę, zatrzymała się w miejscu, żeby przekonać się, czy przyjdzie jej przeskakiwać pasek od spodni leżący na podłodze czy prawdziwego jadowitego węża (tylko skąd tu wąż?!). Ryszard wykorzystał sytuację, ukąsił przeciwniczkę w zadek i wysforował się na pierwszą pozycję. Odgłosy dzikiego cwału obudziły w Agrafce ducha walki, nie patrząc na dzikiego węża runęła w dół po schodach ( w sensie dosłownym runęła). Dzięki temu niebanalnemu rozwiązaniu ścięła z nóg Ryszarda i znowu znalazła się na prowadzeniu, chociaż podwoziem do góry… Ryszard błyskawicznie pozbierał się po upadku, skarcił młódkę zdecydowanym, karcącym pacnięciem przez uszy i… zawodnicy zniknęli z oczu widzom z górnej części trasy, pozbawiając ich wrażeń wzrokowych, ale nie odbierając im radości delektowania się przeżyciami w warstwie dźwiękowej (mimo pewnego oddalenia odgłosy cwału niosły się po całym obiekcie).

Ale uwaga! Zawodnicy wchodzą właśnie w kolejne okrążenie… Przyjrzyjmy się uważnie, jak doświadczony pięciolatek wchodzi sprawnie w wiraż na stole w salonie, tuż za nim pomyka Agrafka. Świeża krew! Walczą na śmierć i życie, z ich gardeł dobywają się pełne emocji krzyki i pomrukiwania.. o! Nawet dał się słyszeć bojowy syk! Spod nóg strzela obrus, który opada niczym kurz na drodze, kiedy zawodnicy już cwałują pod prąd, ale za to z zapałem, po schodach w górę! Teraz nie ma już taryfy ulgowej, liczy się każda sekunda i każdy przebyty centymetr. Półpiętro… i wreszcie długo oczekiwana ostatnia prosta. Zawodnicy idą łeb w łeb. Dają z siebie wszystko. Z dzikim kwikiem wpadają na metę i na Matkę-Karmicielkę Kotów z kapciem w dłoni…
***
Zawodnicy, starając się przejść suchą stopą przez lepiącą się do łapek śnieżną breję nie mogą pojąć takiego zachowania. O co jej może chodzi?! Niby taka mądra, niby tyle czyta, a nie wie, że tradycja nakazuje stanąć do pojedynku o świcie!

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Smutne oko

1 marzec, 2007 at 9:14 am (Domowe)

Zasadniczo ssaki narząd wzroku mają parzysty. Współcześnie… Ale kto to wie, co to było w przyszłości… Kiedyś rzecz się miała, powiedzmy, odwrotnie. Funkcję gęby pełniła pragęba… Była tam, gdzie obecnie zajrzeć mogą jedynie bardzo wysportowane, albo giętkie ssaki. A skoro byłą pragęba, to trudno sobie wyobrazić nie było chociaż jednego praoka. Z czasem rozkosze podniebienia przeniosły się na oddalony przeciwległy biegun, pozostawiając pragębie funkcje związane z trawieniem, ale zdecydowanie nie zalecane do realizowania ich w towarzystwie innych ssaków, a wręcz zakazane przy stole. Teraz praoko jest smutne, bowiem ssaki chowają je skrzętnie albo przykrywając je czymkolwiek, co nie stanowi integralnej części ich ciała (np. majty krótsze lub dłuższe), albo różnej długości ogonami, kitami…

Smutne oko Agrafki popadło ostatnio w kompletny rozstrój, bynajmniej nie nerwowy. Jego fatalnego samopoczucia i widomych dowodów trudnej do opanowania niedyspozycji nie dało się już dłużej ukrywać. Tak się przynajmniej wydawało Matce – Karmicielce Kotów. Nie dała się przekonać, że jest inaczej, szczególnie w kontekście tego, co zastawałą po powrocie z pracy w kociej toalecie. Matka – Karmicielka Kotów była pewna, że sprawa zaledwie przyschła, zaledwie, ale za to na mur. Szybko, zdecydowanie i stanowczo jedną ręką pochwyciła zaskoczoną Agrafkę, drugą sięgając po nożyce wiszące na podręcznym relingu. Kucnęła, kolanami przytrzymała Agrafkę i z lekkim, choć nie przesadnym obrzydzeniem zajrzała jej prosto w smutne oko, kryjące się wstydliwie pośród czarnej sierści. Miała rację! (A przynajmniej w tym momencie miała niezachwiane przekonanie, że ma rację.) Agrafka zaczęła się wydzierać wniebogłosy i przystąpiła do energicznych prób odzyskania wolności i godności, ale Matka – Karmicielka Kotów ciachała na oślep nienaturalnie (a może właśnie naturalnie) brązowe kosmyki… Nagle przestałą… Agrafka wykorzystała moment i nawiała! Matka – Karmicielka Kotów przyglądała się z osłupiałą miną temu, co leżało na podłodze… przyglądała się czarnym kłaczkom koteczki z powbijanymi w nie uschniętymi brązowymi listkami tui, pod którą Agrafka siedziała sobie przed południem, doprowadzając do higieny swoje smutne oko…

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Laleczka i niedźwiedź

1 marzec, 2007 at 9:11 am (Domowe)

Laleczka, Piękna czy, jak kto woli, Agrafka poczuła się źle… źle bardzo… bardzo, bardzo źle… Nie bez wpływu na jej samopoczucie było to, że zdarzyło się coś, co damie zdarzać się nie powinno… A jeśli już coś takiego ma miejsce, lepiej, żeby nie było przy tym świadków. Nazwijmy to po imieniu… ale starajmy się być delikatni… Kłopoty z układem pokarmowym, szczególnie z jego ostatnim odcinkiem, a właściwie niestrawność – no cóż granica była płynna… nawet bardzo płynna. Efektów nie dało się usunąć niepostrzeżenie w trakcie pospiesznej toalety… Baaaaa… przydałaby się solidna kąpiel! Problem w tym, że Piękna była typową przedstawicielką swojej klasy i nienawidziła wody… Owszem napić się H2O, ale żeby się w tym zanurzyć… o nie, damie to nie uchodzi! Ale problem pozostał, szczególnie gdy zorientowała się, że Seniorka odwraca się od niej marszcząc nos, z wyrazem obrzydzenia na twarzy… Kiedy Matka-Karmicielka Kotów zerwała się na równe nogi na widok, a właściwie na nowy aromat Pięknej, Laleczka pojęła, że jest problem. Na dodatek Matka złapała gąbkę nasączona wodą, tak właśnie, WODĄ i zaczęła z zapałem pucować jedwabne niewymowne hebanowej damy. Takiego despektu się nie spodziewała…
Całemu zajściu przyglądał się Ryszard, jak niedźwiedź w mateczniku bezpiecznie rozparty na kolanach Seniorki. Półprzymknięte powieki sugerowałby, że jest zrelaksowany… NIC BARDZIEJ MYLNEGO! Ryszard przysłuchiwał się z niepokojem pełnym oburzenia pomrukiwaniom, stękaniom i jękom Laleczki (nie mającymi nic a nic wspólnego z rozkoszą), a w jego pluszowej głowie sam układał się bardzo logiczny plan. Kiedy więc Matka-Karmicielka Kotów przekroczyła nieprzekraczalną granicę, ową tajemniczą nienaruszalną sferę osobistą każdego stworzenia, która z powodu morderczej gąbki, dokonywała bardzo gwałtownej ekspansji, Ryszard Pluszenko zerwał się na równe nogi, dał się słyszeć pisk bynajmniej nie opon, ale Seniorki (bowiem to jej kolana stały się blokami startowymi gwarantującymi uzyskanie największego przyspieszenia). W mgnieniu oka znalazł się przy drzwiach… Wiał jak niedźwiedź ścigany przez rozjuszony rój pszczół okradzionych z ich najcenniejszych skarbów.
W końcu kto powiedział, że prawdziwą miarą męskości jest lekkomyślne narażanie się na przykre konsekwencje udawania bohatera?

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!

1 marzec, 2007 at 9:07 am (Domowe)

Koty śpią! Zima przecież!

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Bardzo krótkie spięcie

1 marzec, 2007 at 9:04 am (Domowe)

60 minut do godziny zero, dom…
Czemu ta kobieta nie potrafi zrozumieć… Przecież jasno dałam do zrozumienia, że muszę na chwilkę wyskoczyć… Co ona sobie myśli… Jeszcze raz spróbuję jej to wytłumaczyć krok po kroku… Pogadam z nią jak kobieta z kobietą…
30 minut do godziny zero, pod drzwiami wejściowymi…
No i co ja takiego zrobiłem… Wyskoczyłem na chwilkę, bo widziałem, że kumpel czeka pod bramą. Rudy wracał… Słyszalem, że miał na pieńki z tym siwym spod piętnastki i mieli się w końcu rozmówić, to zwyczajnie ciekawy byłem. Normalka w końcu… Facet musi czasem wyskoczyć z kumplami. To jeszcze nie powód, żeby mu drzwi przed nosem zamykać!
15 minut do godziny zero, dom…
Kompletnie nic nie zrozumiała… Ani prośbą, ani groźbą nie mogę jej skłonić do otworzenia drzwi wyjściowych. Czy ona sobie wyobraża, że przyszłam się przytulać, bo ją tak kocham?! Wolne żarty! Czy mam się posunąć do ostateczności?
5 minut do godziny zero, pod drzwiami wejściowymi…
OK, jak sobie chce, zamarznę tu sobie, zastanie jutro rano moje zmarznięte truchełko. Otworzy rano drzwi, a ja przywitam ją ozięble i sztywno… Będzie sobie do końca życia to wyrzucać… Że tego dnia się obraziła na mnie…
Zaraz, zaraz, ale co ja słyszę…
W domu… 30 sekund do godziny zero
No nareszcie zrozumiała, a podobno ma się za inteligentną. Ładna mi inteligencja, czekałam godzinę, tłumaczyłam, dopiero kiedy zaczęłam szarpać dywan pazurami, pojęła, że chcę wyjść! Oooooo! Idzie do drzwi, pędzę za nią, już naprawdę nie mogę wytrzymać…

W drzwiach, godzina zero
Matka-Karmicielka Kotów uchyliła drzwi. Ryszard złożył się do skoku, chcąc przesadzić jednym susem wycieraczkę o nieprzyjemnnych gumowych wypustkach (może i skutecznie czyszczą buty przed wejściem na ganek, ale co to za przyjemność po nich chodzić). Agrafka wybiła się, żeby przeskoczyć czarną folię zabezpieczającą drzwi od wewnątrz przed przeciekaniem (nigdy jej nie lubiła, przypominała jej wrota do kociego piekła). Oba koty spotkały się w połowie drogi jakieś 40 cm nad progiem… czołami…

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Przerwa

1 marzec, 2007 at 9:00 am (Domowe)

Piękna przez cały dzień robiła wszystko, na co zazwyczaj nie pozwalał jej Ryszard. Posiedziała sobie troszeczkę na jego miejscu w pokoju Seniorki. Kręciła się, wierciła… wstała… jakoś tak dziwnie było… niby nie widział… no bo niby jak… ale wszędzie nim pachniało… Przeniosła się na różowy kocyk rozłożony zapraszająco na łóżku. I znów to samo… ten zapach… Morfeusz nie miał zamiaru otulić jej i miękko ukołysać do snu… zamiast tego niczym memento powtarzał słowa: “Znaj swoje miejsce! Co wolno wojewodzie…” Nie tak się nie da… Kiedy Piękna niepewnym krokiem zmierzała do sypialni Matki-Karmicielki Kotów, znienacka, gdzieś na schodach, doznała iluminacji! Ani pokój Seniorki, ani różowy kocyk, ani nawet zaciszny kącik w tej JEDYNEJ sypialni w domu nie mają tej magii, która wabi, nęci i nawołuje w każdej sekundzie, minucie i godzinie całego dnia… nie ma tego mrocznego uroku, mrocznego jak niezadowolone spojrzenia Ryszarda, kiedy Piękna próbuje przycupnąć obok niego… Więc zaczęła go szukać, zajrzała najpierw do garażu… czasem wpadał tam, kiedy noc zastała go na dworze, udawał wtedy, że czeka na to, aby powitać wracającą z pracy Matkę-Karmicielkę Kotów. Ale w garażu go nie było. Zajrzała do szwalni… nie bywał tam często… tym razem też go nie było. Zaczęła go wołać… Najpierw w kuchni, potem na górze w pokojach. Potem biegała po ogrodzie… Jej nawoływania stały się naprawdę smutne… Żałosne… dramatyczne… Chyba po raz pierwszy w życiu poczuła prawdziwą tęsknotę… Zmęczona poszukiwaniami, płaczem, niepokojem i tymi wszystkimi uczuciami, które targały nią od wielu godzin, powlokła się noga za nogą do pokoju z zegarem… Przysiądę sobie na chwilkę w swoim foteliku i pomyślę co dalej – cichutko sobie powtarzała nową mantrę. Z rozpędu wskoczyła na swoje ulubione miejsce i wylądowała śpiącemu Ryszardowi na głowie. Takiego despektu głęboko uśpiony się nie spodziewał. Syknął oburzony na bezczelną gówniarę, ale łzy wzruszenia w oczach Agrafki, powstrzymały go przed dalszymi wymówkami… W końcu nie od dziś wiedział, że kobiety są bardzo dziwne… tak dziwne, że aż trudno je zrozumieć – bo co w tym takiego dramatycznego, że facet zdrzemnął się w środku dnia… No dobrze… że spał jak wór!

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Maciejowa

1 marzec, 2007 at 8:57 am (Z wielkiego świata)

Maciejowa, ta dopiero znała się na kuchni! Preferowała tradycyjne polskie dania, żadne tam korzonki, bambusy czy inne zieleniny… skwierczący boczuś, soczysty schabik, młodziutka wołowinka… I broń boże smażone na oleju – smalczyk, tylko smalczyk. Maciejowa, potrafiąca bezbłędnie wyczuć próby popełniania gwałtu na tradycji, z oburzeniem przyjmowała wszystkie konserwanty, polepszacze i skrytobójcze dodatki. Śmietanka miała być śmietanką, a masło masłem. Bo cóż to za nabiał, któremu trzeba dopiero opowiedzieć, jak wygląda krowa?! Na wszelkie oszukaństwa reagowała pełnym wyższości lekceważeniem. Maciejowa odwracała ze wstrętem głowę i, jak przystało na prawdziwą koneserkę, odchodziła urażona, dumnym krokiem od stołu.

Maciejowa była bardzo rodzinna. Uwielbiała swoich najbliższych. I przede wszystkim ich kuchnię. Przypływ szczególnie gorących uczuć przychodził, kiedy jej rodzina zabierała się za ubijanie i marynowanie mięska na grill. Zapach świeżutkiej karkóweczki, czosnkowej kiełbaski i piersi kurczaka naszpikowanych soczystą słoninką był niczym zaproszenie spisane na czerpanym papierze. Kiedy rodzina rozstawiała w ogrodzie wielki okrągły grill, Maciejowa, jak przystało na dostojną matronę, mościła się wygodnie na ławeczce wyłożonej miękkimi poduchami i udając, że drzemie, uważnie obserwowała poczynania bliskich. Każdy kawałeczek kiełbaski pieściła spojrzeniem, każdemu obrotowi kolejnego kotlecika dawała swoje łaskawe przyzwolenie…

Kiedy wszystko było już dobrze dopieczone, kiedy aromat grillowanego mięsa zaczynał się snuć po okolicznych zaroślach, które rodzina zwała rabatami, Maciejowa zaczynała odprawiać swoje modły… Rodzina nakrywała do stołu… Maciejowa patrzyła w niebo szeroko otwarymi oczyma… Rodzina układała kiełbaski i kotlety na wielkich talerzach z kamionki… Maciejowa przypominała świątynny posąg… Rodzina stawiała kamionkowy talerz na stole, nerwowo spoglądając to na drzewa szarpane niespodziewanymi podmuchami wiatru, to na niebo, na którym wisiała czarna, złowieszcza chmura… Maciejowa nieruchomym wzrokiem spoglądała na stół…

Kiedy wicher zaczął wyginać drzewa w ogrodzie i z trzaskiem połamał ogrodowy parasol, rodzina pochwyciła to, co było pod ręką i uciekła do domu. Tymczasem Maciejowa zeskoczyła z gracją z ławeczki, przeciągnęła się, a potem jednym susem pokonała odległość dzielącą ją od stołu. Na stole przycupnęła przy pozostawionym przez rodzinę talerzu z karkóweczką… Trzeba jednak wiedzieć, że Maciejowa była praktykującym kotem… Zanim przystąpiła do konsumpcji, mruknęła: “Dzięki Bastet, umiesz słuchać modłów i wiesz, jak zadbać o swoje dzieci! Ale naprawdę nie było potrzeby niszczyć parasol!”

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Lekcja pierwsza

1 marzec, 2007 at 8:46 am (Domowe)

Ryszard usiłuje ostatnio pokazać młodszemu pokoleniu, reprezentowanemu przez pyzato-puchatą Agrafkę, kto tak naprawdę rządzi na Skrajnej 13. A wiadomo, kto ma fotel, ten ma władzę, kto zajmuje miejscówkę w łóżku Matki-Karmicielki Kotów – ten ma wyższą pozycję społeczną, kto stoi pierwszy w kolejce do miski, ten ma szybciej pełny brzuch, a kto paskudniej spojrzy, ten zasługuje na większe uznanie zdumionej publiczności – nawet jeśli jest to spektakl jednego widza… Ale jakie to ma znaczenie, kiedy aktorów jest zawsze dwóch!

Ad rem – kiedy Matka-Karmicielka Kotów idzie spać, Ryszard podnosi swoje zdrętwiałe kości, poprawia futrzane wdzianko i swobodnym świńskim truchtem wpada na sypialniane poddasze. Zanim ktokolwiek (z Matką włącznie) zdąży zająć miejsce w łóżku zajmuje strategiczną pozycję w łożu – czyli na środku, żeby nie daj bóg nie dopuścić do tego, żeby znalazł w nim miejsce kolejny kot lub żeby właścicielka posłanka mogła swobodnie rozprostować nogi. I nie ważne, że Ryszard przed chwilą zajmował wygodną pozycję na kolanach seniorki rodu czy też w łóżku rodzinnej nadziei (piękne miejsce…. tuż nad ciepłym kaloryferem…) ale obowiązek to rzecz święta! Nie będzie narybek naigrywał się z kociej arystokracji (no dobrze, trochę skundlonej przez mezalians matki, ale herbowej!).

Pewnego wieczoru leży sobie Ryszard w łóżku Matki-Karmicielki Kotów (że też ona musi tak długo czytać, do czego to podobne?! Tak po nocy?! Przy sztucznym świetle! Wzrok sobie psuć! A przede wszystkim świecić w delikatne oczy kota!). Słyszy ciche brzęczenie muchy, ale że sam czuje się nie mniej śnięty niż ona, to nie jest łaskaw obdarzyć jej swoim zainteresowaniem. Ale co to? Ten wredny tupocik paputów przerośniętych kudłami i gardłowe “rrrrrr”. Co za podskoki?! Nie, nie można reagować… Ale jak spać, kiedy gówniara tłucze się po całej sypalni. No dobra, trzeba skontrolować sytuację. Ryszard leniwie podnosi głowę. Patrzy z politowaniem na rozgrywającą się scenę polowania, z niejakim obrzydzeniem przesuwa się wzrokiem po kupce czarnego futra przyczajonego opodal komody. Mucha siada na ścianie. Agrafce z emocji drgają wąsy i koniuszek puchatego ogona. Ryszard podnosi się, niespiesznie przeciąga, zeskakuje z łóżka, mijając koteczkę rzuca jej pogardliwe spojrzenie. Zdecydowanie podchodzi do ściany, jednym ruchem morderczej łapy przypiera muchę do muru, ściąga ją na ziemię, zjada, oblizuje się i tym razem nie obdarza nawet cieniem zainteresowania Agrafki, która mam minę taką, jakby ktos zabrał jej ukochaną zabaweczkę. Przecież mogła się nią bawić jeszcze co najmniej godzinę! Jak on tak mógł?! To była taka ładna mucha! Ryszard tymczasem jednym susem wskakuje na miejsce, które jeszcze nie zdążyło przestygnąć i rzuca Agrafce ostatnie spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: “Bo faceci to świnie, Baby!”

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz